Adoracja – Historie

Historie

24 października 2025 11:29, R K

Dominika

Otrzymałam od swojego kierownika następujące polecenie: „Tylko Adoracja może Ci pomóc. Codziennie przychodź na godzinę i wpatruj się w Niego tak, jak umiesz”. Nie miałam nic do stracenia, a w zasadzie tylko mogłam otrzymać. Ciężkie doświadczenia z przeszłości wiązały mnie niczym demony, od których nie mogłam się uwolnić. Cierpiałam wtedy bardzo, bo choć pragnęłam kochać, wejść w związek, to kończyło się moją ucieczką z relacji. Byłam samotna do bólu, bo bałam się miłości. Na początku, gdy miałam jeszcze siłę, to walczyłam, chodziłam na terapię. I nic. Potem kolejne i kolejne, i dalej nic. Miałam jeszcze dodatkowy problem, który polegał na „życiowym paraliżu”, gdy miałam coś zrealizować w swoim życiu, podjąć jakieś inicjatywy. Strach mnie paraliżował.

Więc nazajutrz poszłam na Adorację. I tak przez pół roku codziennej godzinnej Adoracji. Czasem zostawałam dłużej. Pan mnie nie oceniał, pomagał delikatnie zgodzić się na to, co jest. Adoracja sprawiała, że wychodziłam o niebo w lepszym stanie niż przychodziłam. Dostawałam siłę. Pewnego dnia, gdy płakałam, bo czułam paraliż i lęk przed życiem, Jezus w tabernakulum wyszeptał do ucha, że dał mi dużo darów, tylko je zakopałam, dlatego tak cierpię. Dostałam takie przekonanie w sercu, że mam tylko próbować podjąć to, co się pojawi w życiu, dla Jezusa, i zawierzyć owoce Jezusowi. On będzie dawał wzrost. Zgodziłam się patrząc na Adorację i wciąż nie dowierzając tym natchnieniom, które były takie lekkie i sugestywne jednocześnie.

Za parę dni na FB odezwał się znajomy, który nawrócił się jakiś czas temu, ale zniknął, wyjechał do Norwegii. Zaczęliśmy rozmawiać i okazało się, że Marcin jest w związku niesakramentalnym kilkanaście lat, ma trójkę dzieci i chce je ochrzcić. Poprosił mnie, bym została matką chrzestną trójki jego dzieci. Po długiej walce z samą sobą zgodziłam się. Marcin zadbał o każdy szczegół, zrobił mi rezerwację lotu i poprosił, bym kogoś wzięła ze sobą. Przyjaciel ze wspólnoty, Marek, zgodził się zostać chrzestnym. Polecieliśmy. Przełamałam się, choć w tym czasie miałam ogromne problemy zdrowotne. Na miejscu okazało się, że poznaliśmy wspaniałą rodzinę. Żona Marcina, Marysia okazała się być lekarzem i zrobiła mi super konsultację. Pierwsze słowa, które Marysia wypowiedziała do nas, to: „Witamy was w rodzinie”. Relacje, które zrodziły się podczas pobytu w Norwegii sprawiły, że dostałam rodzinę. Przede wszystkim jednak zostałam chrzestną trójki słodkich dzieciaków i podjęłam się ewangelizacji, porzucając lęk przed działaniem. Z czasem Marcin i Marysia wzięli ślub, ewangelizują w Norwegii.

Zofia

Wielka Noc przed Zmartwychwstaniem, późny wieczór po spotkaniu w gronie rodzinnym. Przy stole pozostałam z Andrzejem, moim szwagrem, wszyscy poszli spać. „Dopadł” mnie w sprawach wiary. „Zobacz, powiedział, w świetle Biblii Pan Jezus nie był Synem Bożym, chociażby te słowa na krzyżu – Boże Mój, Boże Mój, czemuś mnie opuścił”. Tu opowiedział o najdramatyczniejszym momencie swojego życia – śmierci swojej ukochanej Mamy, gdy był kilkunastoletnim chłopcem. Błagał z ufnością Pana Jezusa o uratowanie jej życia z ciężkiego nowotworu mózgu. Zmarła w wieku 45 lat. Nie został wysłuchany. Wziął do ręki Biblię i swoim umysłem o szerokich horyzontach poznania doszedł do wniosku, że Chrystus nie był Bogiem, w przeciwnym razie uratowałby Jego Mamę. I zaczęło się... rozmawialiśmy całą noc, w moich zmaganiach duchowych nieustannie wzywałam pomocy Ducha Świętego. Moje odpowiedzi na jego pytania rozbijały się o kolejne cytaty z Pisma Świętego potwierdzające jego rację. Rozpacz mnie ogarnęła i kapały łzy, dlaczego nie mogę sobie poradzić?

Była to wielka zapaść i wielka porażka dla mnie, osoby wiary. Moje argumenty wydawały się niczym wobec logicznego rozumowania Andrzeja, inteligencji jego umysłu i rozległej wiedzy.

O poranku czas na Rezurekcję, przeprosiłam, zakończyliśmy rozmowę. Ten cios w serce spowodował ogromne, długotrwałe cierpienie, że właściwie Pan Jezus nie może na mnie liczyć, że nie potrafię przekonać argumentami wiary osoby, która nie ma Sakramentu Chrztu Świętego. To wewnętrzne zmaganie trwało pół roku. Myśli i modlitwy oraz błagania podczas Adoracji Najświętszego Sakramentu, czasami leżenie krzyżem przed Panem Jezusem Eucharystycznym i wciąż powracające pytanie, dlaczego pierwiastek duchowy mojej wiary jest tak słaby, że padłam przywalona argumentami osoby bez Sakramentu Chrztu Świętego! W końcu po pół roku otrzymałam odpowiedź od mojego Najukochańszego Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, która dała pokój i radość serca: „Nie dyskutuje się o Moim Bóstwie i Synostwie z osobą bez łaski wiary i Światła Bożego. Rozum bez wiary nie jest zdolny pojąć tego, co Boże...”

Mariola

Szłam do sklepu po kwiaty na Eucharystię i bardzo się denerwowałam. Właściwie to byłam wyczerpana bólem oczu. Piekły mnie bardzo oczy, a wizyta u okulisty miała być dość późnym wieczorem. W międzyczasie miała być sprawowana Eucharystia w moim domu. We wspólnocie, do której należałam, ksiądz czasem dla takich stałych członków dał się ubłagać na odprawienie Mszy w domu. Teraz miała być u mnie o 16.00. Szłam po kwiaty do pobliskiego marketu, myśląc jedynie o tym, że cieszę się, że Jezus będzie w moim domu. Przez głowę, niczym błyskawica przeleciała myśl, że przecież moje oczy mogą adorować Jezusa na tej Mszy. Szczególnie dziś pragnęłam na Niego popatrzeć, wierzyłam jakimś cudem, że podczas podniesienia, po konsekracji, spojrzę na Tego, który jest wszystkim i że On też popatrzy na mnie, i to wystarczy, bym miała zdrowe oczy. To będzie taka Adoracja Jezusa na Mszy.

Msza się odbyła u mnie w domu, koleżanki ze wspólnoty przyszły. Po Mszy jeszcze rozmawiali i właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że nie czuję bólu. Mam zdrowe oczy. Koleżanki widziały, ale nie były zaskoczone, mówiły: „Co się dziwisz, przecież Jezus był u ciebie, uzdrowił cię”. Nie musiałam się już spieszyć do okulisty, byłam wdzięczna Jezusowi za ten cichy cud.

Marek

Marek dał się namówić swojej koleżance na uczestnictwo w Adoracji w grupie charyzmatycznej. Dziwił się sobie, że zgodził się, bo raczej z Bogiem nie było mu po drodze od paru lat. Jednak przyszedł na miejsce, usiadł. Spotkanie było dość głośne, ludzie coś mówili i śpiewali, trochę działało mu to na nerwy. W zasadzie niekoniecznie chciał tu być. Pomyślał sobie, że ci ludzie przesadzają z tym entuzjazmem. Postanowił jednak wytrwać do końca. Wreszcie nastała cisza, zamilkli. Sam nie wie, jak to się stało, ale poprosił Jezusa w Adoracji, że jeśli jest w jego życiu, to by mu się jakoś ukazał i potwierdził to. Tak siedział i patrzył w Jezusa w Monstrancji. W pewnym momencie poczuł ciepło i zalewającą go miłość. Coś jakby jakaś ręka sunęła ku niemu i pogłaskała go. To wszystko działo się wewnątrz niego i jednocześnie na zewnątrz. Coś kazało mu paść na kolana i uwielbiać, i adorować. To było bardzo osobiste doświadczenie. Z początku myślał, że to może jakaś histeria zbiorowa, próbował racjonalizować. Okazało się, że pokój, którego tam doświadczył po tym, jak został pogłaskany, utrzymywał się w nim na długi czas... i ten właśnie moment sprawił, że poszedł do spowiedzi i wrócił do wiary.

Ojciec Chris

Bóg od czasu do czasu daje nam znaki, aby potwierdzić odwieczną prawdę – że Jezus jest prawdziwie obecny w Komunii Świętej! Kiedy Ojciec Chris Alar z USA prowadził procesję eucharystyczną przez rezerwat Indian Creek na południowym krańcu jeziora Reindeer Lake w Saskatchewan (Kanada), dwóch młodych mężczyzn zatrzymało go i wykrzykiwało wulgaryzmy skierowane w stronę Najświętszego Sakramentu. „Byłem w zupełnym spokoju – wspomina Ojciec Chris – Wszystko, co zrobiłem, to mocno chwyciłem monstrancję, ponieważ wiedziałem, że chcą w jakiś sposób ją zbezcześcić. Grozili mi, ale bardziej chodziło im o chęć zbezczeszczenia Najświętszego Sakramentu. Wtedy jeden z nich chwycił monstrancję i w chwili, gdy ją złapał, jego ręka została odrzucona i wyglądało na to, że monstrancja poparzyła mu ręce. Ścisnął dłonie z bólu. Wszyscy to widzieliśmy. Następnie mężczyzna cofnął się i obaj zeszli nam z drogi”. Ojciec Chris kontynuuje: „Bóg raz na jakiś czas daje nam znak, ależ to był znak! Opuściłem Kanadę z odnowionym zdumieniem dla prawdy o Rzeczywistej Obecności w Najświętszym Sakramencie”.

Z książki: ks. Tadeusza Dajczera „Zachwycić się tą Miłością”:

Matka Teresa pokazała młodziutką zakonnicę nachyloną nad jednym z chorych: - Widzi pan tę dziewczynę? Niedawno do nas przyszła. Było jej trudno. Dziś rano z nią rozmawiałam. Pytałam, czy zauważyła, jak podczas Mszy św. kapłan z wielką czcią i miłością dotykał Jezusa pod postacią Przenajświętszej Hostii, i radziłam, żeby zrobiła to samo, gdy znajdzie się w domu dla umierających. Mówiłam, że spotka Jezusa w schorowanych ciałach naszych biedaków. Przed chwilą do mnie przyszła. Powiedziała: „Matko, dziękuję, bo przez trzy godziny dotykałam Jezusa”. Teraz znowu przy Nim jest.

.

.