Odpocznienie
Skupienie prowadzi do doznania „obecności”. W „miejscu” owego skupienia, w sercu, zaczyna się doświadczać, na sposób duchowy, czegoś nowego. Niektóre osoby mówią w tym kontekście o błogości, o pokoju, o namaszczeniach. Św. Teresa mówi tutaj o „smakach nadprzyrodzonych”, o „pewnych dobrach, na określenie których nie ma wyrazu, ani też dusza sama nie zdoła pojąć tego, co jej się udziela w onej chwili błogosławionej. Czuje w sobie nieopisaną jakąś słodką wonność, jak gdyby tam w głębi jej tliło się ognisko, z którego się wznosi wonny dym położonego na nim kadzidła; nie widzi ani ognia, ani światła, ani gdzie ono jest; ale ciepło i wonność dymu z ogniska wychodzącego przenika ją całą, a częstokroć – jak mówiłam – i samoż ciało uczestniczy w tej rozkoszy”. Władze duszy nie są w tym stanie jeszcze zjednoczone z Bogiem, są „jakby upojone i zdumione pytają siebie, co to jest takiego”.
Świetnie bowiem człowiek, który doświadczył „smaków nadprzyrodzonych”, zdaje sobie sprawę, że nie jest ich autorem, i doznaje łaski. Opisywać je, podobnie jak Teresa, może jedynie przez porównania, rzadko jednak znajduje odpowiednie słowa. Czuje, że zrozumie go wyłącznie ktoś, kto sam przeżył podobne chwile, i tak rzeczywiście – w tym miejscu zaczyna się wewnętrzna klauzura, Pan Bóg oddziela go od ludzi, przeznaczając dla siebie. Daje pragnienie samotności i ciszy. To cięcie bywa bolesnym źródłem nieporozumień. W rzeczywistości Pan Bóg nigdy nie stawia ekranu pomiędzy nim a innymi ludźmi, jest Tym, który łączy, jest komunią. Jednak realia psychologiczne są takie, że trzeba przejść z Nim jeszcze drogi, by wrócić do ludzi, by bycie z nimi nie stawało się traceniem kontaktu z Nim. W ogóle okres ten jest czasem intensywnych uczuć: radości i bólu na przemian. Nawiedzenia, o których była mowa, rodzą radość nieporównywalną z niczym, może tylko radością zakochanych. Serce okazuje się miejscem szczęśliwym. Jednak jest to okres, gdy Bóg, dający się poznać przez owe „smaki”, pojawia się i znika. Trzeba cierpliwie na Niego czekać, ale nie to sprawia ból; czekanie jest teraz inne niż na początku, jest spokojne. Wiemy, że Bóg znów nas odwiedzi, mamy już niemal pewność, mamy nadzieję. Ból sprawiają nasze upadki moralne, braki miłości bliźniego. W tym okresie są wyraźne widoczne i bywają mocno przeżywane. Bywa on w literaturze duchowej nazywany okresem oświecenia. Bóg coraz lepiej daje się poznać. Objawiając się w naszym wnętrzu ukazuje, jaki jest: cierpliwy, dobry, łagodny, wierny, bliski, a jednocześnie zadziwiający, pełen mocy. Napełnia nasze serce, widzimy, że ma całkowitą władzę nad naszym życiem i że Jego władza jest wyłącznie miłością. W tym świetle nasze relacje z innymi, a to w końcu one ważą, pokazują całą swą ograniczoność i kruchość. Jest to okres, w którym Pan Bóg robi porządek w naszym życiu, doprowadza do pojednań, do przebaczenia, do zerwania z zachowaniami, które nie są zgodne z Ewangelią.
Jest to też okres, w którym, jeśli chcemy wejść głębiej w bliskość z Bogiem, jesteśmy prowadzeni ku kolejnemu nawróceniu. Polega ono na zaakceptowaniu swojego ubóstwa i tego, że w relacji z Nim mamy przede wszystkim brać. Łatwo to powiedzieć, trudno wykonać. Trudno zwłaszcza perfekcjonistom, ludziom, którzy ucierpieli w dzieciństwie od zbyt surowych i kontrolujących ich zachowanie rodziców. Teraz sami nadmiernie siebie i innych kontrolują, i odczuwają przemożny przymus dawania po to, żeby czuć się w porządku. Zostali tak mocno zranieni, może jeszcze wręcz przed swym narodzeniem, że ich poczucie własnej wartości wymaga ciągłego ratowania przez poświęcenie. Przenoszą to na relacje z Bogiem. Tymczasem Bóg chce ich kochać bezinteresownie, nosić na rękach jak niemowlęta. Chwila, w której muszą przyznać, że nic Mu nie mogą dać, jest w nich dotknięciem najgłębszej rany, ale jednocześnie wyzwoleniem, dzięki któremu również ich stosunki z ludźmi zaczną być zdrowsze.
Niestety, wiele osób „poświęconych” Bogu nie przeżyło tego głębszego nawrócenia. Oddają się, by uchronić się od przyjmowania, które wymaga większej pokory.
Czynią wiele dobra, jego wartość na płaszczyźnie ludzkiej pozostaje niewątpliwa, ale nie poznają głębi tajemnicy osobowej komunii i dlatego trudno im innych w nią wprowadzać.
W Ewangelii św. Jana jest scena, która dobrze ilustruje to kolejne nawrócenie: rozmowa Jezusa z Samarytanką. Samarytanka miała pięciu mężów, a ten z którym żyje, nie jest jej mężem. Czuje się odrzucona przez społeczność, dlatego jak czytamy, przychodzi czerpać wodę ze studni w południe, sama jedna, nie – jak inne kobiety – rano, gdy upał nie jest jeszcze tak dojmujący. W dodatku jest Samarytanką z plemienia pogardzanego przez Żydów. Jezus łamie kolejne tabu. Żydzi nie rozmawiali z Samarytanami, nie do pomyślenia też było, by mężczyzna rozmawiał z kobietą w miejscu publicznym, w dodatku z wiarołomną. Tymczasem ona słyszy: „Daj mi pić!” (J 4,7). Ten nieznany Rabbi prosi ją o przysługę. To jest zdanie klucz. Wobec naszych zranień i potrzeby dominacji Bóg robi się jeszcze mniejszy. Staje poniżej nas – to On prosi, byśmy Go napoili – Jezus na krzyżu woła: „Pragnę!” (J 19, 28). Jedyne, co mamy zrobić, to zgodzić się przyjmować, pozwolić się kochać w całym swym ubóstwie, którego nie da się dłużej ukrywać. Podobnie jak w przypadku Samarytanki, wszystkie nasze krętactwa wyjdą na jaw. A jednak to ona pierwsza otrzyma objawienie. Nikomu w całej Ewangelii Jezus tak wyraźnie nie oznajmi, kim jest: „Rzekła do Niego kobieta:
Wiem, że przyjdzie Mesjasz zwany Chrystusem. A kiedy On przyjdzie, objawi nam wszystko. Powiedział do niej Jezus: Jestem nim Ja, który z tobą mówię” (J 4, 25 – 26).
Ubóstwo Samarytanki przyciągnęło Boże miłosierdzie, ubóstwo i pokora. Jezus poprosił ją o coś małego, a dał jej nieskończenie więcej. Podobnie nas, gdy do Niego przychodzimy, prosi, byśmy Go napoili. Jest spragniony naszej obecności. Nie tyle naszych modlitw, co nas samych. Chce na nas patrzeć, słuchać nas, chce całej naszej osoby, serca.
Św. Teresa nazywa modlitwę w tym okresie modlitwą odpocznienia, gdyż wtedy dusza po raz pierwszy doznaje rzeczywiście nadprzyrodzonego Bożego działania. Wcześniej, gdy zdecydowała się zwrócić do Pana, odczuwała skutki Jego działania, pociągnął ją do siebie, teraz może zacząć „dotykać” Jego samego. Po okresie oczyszczenia, tak bardzo męczącym, przychodzi czas odpoczynku; woda wreszcie zaczyna sama płynąć. Spełniają się słowa, które Jezus powiedział do Samarytanki:
„Woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu” (J 4, 14).
Źródłem jest sam Jezus. Po odrzuceniu kamieni, które nie pozwalały płynąć wodzie, serce się otwiera, z jego głębi woda zaczyna płynąć sama, bez potrzeby „zarzucania wiader”, jak na wcześniejszym etapie. Jest to doświadczenie błogie, pełne pokoju, odbudowujące poczucie bezpieczeństwa. Ono też tworzy w człowieku jego nową tożsamość – dziecięctwo Boże. „Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy” (1 J 3,1). Po pierwszych doświadczeniach – autentycznie nadprzyrodzonych – te słowa przestają być teorią. Owocem modlitwy w tym okresie jest ufność. Człowiek przestaje się bać cierpienia, krzyża, potępienia, samotności. Chce, by jego los zależał od Tego, którego teraz lepiej poznał, z wszystkimi konsekwencjami. To czas wyborów, hojnego oddania swojego życia Jezusowi jako jedynemu Panu i Zbawicielowi, ten akt poprzedza modlitwę o wylanie darów Ducha Świętego. Zmienia się też hierarchia wartości. Wcześniejsze radości bledną wobec doznawanych teraz „nadprzyrodzonych smaków”.