1938 rok
Gdy byłam w Wilnie, idąc raz ulicą, spostrzegłam, że jakiś wicher wył przy jednej bramie. Słyszę słowa: „On zwycięzcą”. Zatrzymałam się, aby chwilę posłuchać, co za zwycięzca. Aż idzie kapłan w otoczeniu czterech aniołów w szatach biało krwawych. Takich nigdy nie widziałam. Gdy podeszli bliżej tejże bramy, powstał jeszcze większy wiatr, że szaty, czyli suknie aniołów, zamiast biało krwawych, zrobiły się czarne, i wicher uspokoił się.
Parę osób uklękło i zrozumiałam, że kapłan niósł Najświętszy Sakrament. Przyklękłam i ja, aż upadłam, bo było ślisko, uderzyłam sobie trochę biodra i łokieć, ale ten ból ofiaruję za duszę, do której Jezus za chwilę wejdzie.
Słyszę znowu: «On zwycięzcą, odchodzimy stąd. Wanda, jesteś wstrętną i nie byłaś godna spotkać Jezusa».
Padam po raz drugi, podnosi jakaś pani. Dziękuję i tłumaczę się, że tu jakoś mocno ślisko, a ona mi na to:
- Tak, prawda, że ślisko, ale jakie to szczęście. Litwin nawraca się i prosi o księdza, ten co po kościołach tłukł ludzi i nawet kapłanów, proszę za niego modlić się.
Zatrzymałam się z tą panią przez kilka minut, aż ujrzałam wychodzącego kapłana w asyście tylko dwóch aniołów.
- Dlaczego tylko dwóch, gdzie więcej?
- Zostali przy adoracji Najświętszego Sakramentu w duszy człowieka.
Pytam, a dlaczego już wychodzą w olśnieniu?
- Bo to oznacza, że dusza po świętych Sakramentach jest białą, choćby życie na pozór było obwiniane i gorszące. O, co to Jezus sprawia. Nigdy też Eucharystia nie zostaje sama, my aniołowie stale uwielbiamy Go. Ten człowiek nie jest zwykłym człowiekiem, to jest kapłan, bez względu narodowości.